|
KAMPANIA "KRYSZTAŁ WŚRÓD LODU"
SPRAWOZDANIE Z SESJI I - "PROLOG"
Data: 09.01.2010
Zacznijmy od początku: jakiś czas temu przez głowę przeleciał mi pewien obraz – otulone śniegiem góry i samotne miasteczko odcięte od świata, przywodzące na myśl serię „Icewind Dale”. Jako że w końcu jestem fanem „Gwiezdnych wojen” podczepiłem ten obraz pod nasze uniwersum. Doszedłem do wniosku, że chciałbym w jakiś sposób przekazać ten klimat, który poczułem wyobrażając sobie to wszystko poprzez sesję RPG. Niedługo później dostałem nawrotu fascynacji światem Warcrafta co także odcisnęło swoje piętno na powstającym pomyśle. Zaczęły krystalizować się ogólne założenia historii. Wyszukałem odpowiednią planetę na teatr działań – została nią Kira IV w Rejonie Ekspansji. Założyłem megakorporację górniczą Seswenna – Ringali oraz wybrałem dla przyszłych graczy nemezis – młodego inkwizytora imperialnego nazwiskiem Kell Talah (Pierwsze nawiązanie do Warcrafta). Jakiś czas później nadeszła pora na ogłoszenie, w którym dałem znać, że coś takiego się szykuje. Odpowiedzieli Nild, Tezuki i Roan. Historia w telegraficznym skrócie wygląda następująco: Jest rok 9 przed bitwą o Yavin. Mroczne czasy trwają w najlepsze. Nasi bohaterowie w poszukiwaniu pieniędzy zaciągają się na służbę do kopalni na Kirze IV, gdzie jako najemnicy Seswenna- Ringali mają uporać się z nowym niebezpieczeństwem. Górnicy dokopali się do tuneli nieznanych wcześniej istot, które jak nie trudno się domyślić nie żywią wobec nich pokojowych zamiarów. Więcej informacji znajdziecie w prologu do sesji pierwszej. Tymczasem przejdźmy do sedna: co , gdzie , jak i kiedy.
Spotkanie zostało ustalone na 9-tego stycznia, w sobotę. Miała to być pierwsza w moim życiu sesja RPG, którą poprowadzę – nie wiedziałem więc jak się potoczy. Kto zagląda do działu RPG na forum pewnie zauważył jaki niepewny byłem pisząc ogłoszenie. Jak w końcu wyszło ? Nie mnie tylko graczom to oceniać, ale wydaje mi się, że wyszedłem z tarczą. Początkowo mieliśmy spotkać się w Manufakturze lecz nie było dla nas miejsca. Skończyło się na sprawdzonej w bojach pizzerii „Extreme”, gdzie znaleźliśmy sobie spokojny kąt. Wyciągnąłem podstawowy podręcznik do Star Wars RPG, kiść przewodników i za wczasu nabazgraną mapkę po której będą poruszać się gracze. Na szczęście ani Roan ani Tezuki nie widzieli wcześniej nowych przewodników po droidach i wehikułach, więc zeszło im trochę czasu na przejrzeniu ich. Cóż, zacząłem sobie robić nadzieję, że może dziś nie zdążymy przeprowadzić sesji i skończy się tylko na stworzeniu kart postaci - ciągle się bałem, że moje prowadzenie będzie porażką. Nie wiedziałem czy uda mi się wykrztusić z siebie słowo, a jeśli już to czy będzie ono dostatecznie głośne (znacie mnie już trochę, więc wiecie, że różnie to bywa). Po jakimś czasie przybył Nild. W lekkich bólach stworzyliśmy karty postaci i rozpoczęliśmy.
Poszło zaskakująco lekko. Zacząłem opisywać miejsce, w którym się znajdują – kantynę w wysuniętej placówce wysoko w górach. Najemnicy zwerbowani przez korporację w wyniku zamieci śnieżnej utknęli w tym miasteczku w drodze do kopalni. Specjalista militarny Seswenny- Ringali – pan Kagi (ten Kagi) postanowił wykorzystać czas na podział rekrutów w trzyosobowe grupy. Oczywiście Deus Ex Machina czuwa, więc nasi bohaterowie trafili do jednej z nich. To chyba dobry moment, żeby opisać postacie naszych graczy. Roan wybrał Nikta – Trycha Hand'eelaya. Nie próbujcie nazywać go mieszańcem – zabije was ! Jest on elitarnym wojownikiem, który walczył podczas Wojen Klonów. Po ich zakończeniu Trych wyruszył w podróż po galaktyce. Tezuki został Zabrakiem, który ostatecznie otrzymał imię Yuki Shiroi (Yuki to po japońsku śnieg – bardzo adekwatne). Jest on Jedi, który ukrywa się przed Imperium. Poddaje w wątpliwość reguły Zakonu i zaczyna spoglądać w kierunku Ciemnej Strony. Nild z kolei stworzył postać człowieka, byłego żołnierza klona, który został łowcą nagród. Nie otrzymał on jeszcze imienia, więc na sesji ochrzciliśmy go „tajemniczym przybyszem” (lub jak mówił Roan, nawiązując do pierwszego KotORa „mysterius streindźer”). Po utworzeniu grupy bohaterowie zaczęli rozglądać się po kantynie. Szybko wypatrzyli niskiego brodacza o wielkim zaczerwienionym nosie opróżniającego kolejny kufel piwa. Był to przedstawiciel banyarów - rasy występującej na jednym ze światów w okolicznym systemie. Ich niewielki wzrost przypisuje się dużej grawitacji panującej na ich rodzinnej planecie, generalnie podejrzewa się, że przodkami tych istot byli ludzcy koloniści (naturalnie, stworzyłem SW-owski odpowiednik krasnoludów. Dlaczego ? Bo są fajni !). Nasi gieroje podeszli do pijącego mężczyzny i usłyszeli WITOJCIE !. Podkręciłem bas w głosie i przeszedłem w tryb pseudogwary. Mój krasnolud – Hrothmund, przemawiał w czymś pomiędzy gwarą śląską i góralską. Po chwili cała czwórka piła już razem. Rzuty na siłę woli nie wyszły zbyt pomyślnie dla Tezukiego, który w trybie pilnym wypruł do toalety. Roan trzymał się jako tako, choć zaczynał już odczuwać skutki (jak stwierdziłem błony mrużne Trycha poruszały się niczym u krokodyla na amfetaminie). Najlepiej wyszedł z libacji Nild, który wkrótce zdobył pierwsze punkty doświadczenia. Kiedy do baru wpadła żona krasnoluda pytając o „gamonia z kędziorami na brodzie do ziemi” roztropny klon wykonał rzut na oszustwo, który wyszedł dobrze przez co kobieta poszła dalej. Jej mąż wyskoczył spod stołu gdzie wcześniej się ukrył i zakomunikował Nildowi, że ma u niego dług wdzięczności. Możecie się spodziewać, że ta postać powróci jeszcze nie raz, bo mam dla niego przewidziane całkiem ciekawe miejsce w planowanej historii- powiem tylko, że w grę wchodzi dużo, dużo alkoholu. Tymczasem Tezuki obudził się ze snu na Twi'lekańskiej tancerce. Z kantyny wyszedł z dwoma podbitymi policzkami- nie pytajcie co robił, nawet ja nie wiem. Następna osoba poznana przez Nilda to sympatyczny pilot Juggernauta – pojazdu którym bohaterowie udadzą się do kopalni. Kierowca opowiedział o sytuacji panującej na planecie i o tym co może ich czekać gdy dotrą już na miejsce przeznaczenia. Grających – tak jak miałem nadzieję – zainteresował wyrysowany na mapce latający wieloryb. Ta olbrzymia istota nazywana Whaladronem śnieżnym mierzy około 50 metrów. Żywi się składnikami zawartymi w atmosferze Kiry IV i jest zupełnie nieszkodliwa. Kiedy klon i pilot rozmawiali Trych wraz z Yukim wpadli na iście pijacki plan – jeden z nich miał zwrócić uwagę szturmowca i kiedy ten nie będzie patrzeć drugi ma mu ukraść zbroję (tą, którą miał na sobie. Fajny plan, nie ?). Na szczęście zrezygnowali i skończyło się na wspinaczce do AT-ST, z którego Trych spadł. W międzyczasie Nild zajrzał do sklepu prowadzonego przez urodziwą Arkaniankę gdzie nabył złączki do Juggernauta i kombinezon chroniący przed zimnem, który umożliwi bohaterom wędrówkę na mroźną przełęcz. Następnym gościem Arkanianki był Tezuki, który chciał wyprosić u sklepikarki zniżkę. Rzucił krytyka i rozczulona przez jego podbite policzki dziewczyna uznała, że wpadł w śnieg. Zaraz pobiegła po koc i udzieliła mu dodatkowej zniżki na kombinezon grzewczy.
Niestety Nild musiał już iść, więc jego postać udała się spać do hotelu robotniczego. W tym czasie Roan i Tezuki wyprawili się w swoich nowych kombinezonach na polowanie. Dowiedzieli się, że rogi okolicznych stworków zwanych wyjcami są sporo warte. Nie musieli długo szukać, gdyż po wejściu do lasu zostali po chwili otoczeni przez trzy takie stworki, których rolę w minisach przyjęły Vonskry i Massif. Rozpoczęła się pierwsza walka sesji, która szybko zmieniła się w zbieranie łupu po zabitych wyjcach. Następnie trafili do zrujnowanej chaty, z której ciągnął się krwawy ślad aż do pobliskiej jaskini. Jedi i żołnierz przez jakiś czas przedzierali się przez zwężający się tunel aż im oczom ukazała się jaskinia gdzie czekała na nich samica wyjca – matka i partnerka zabitych wcześniej przez bohaterów stworzeń. Sondując ją mocą Yuki doznał wizji gniewu i chęci zemsty. Słyszał podszeptu mówiące mu, że może wykorzystać targające nim uczucia dla dobra swoich bliskich. Tymczasem walka przybrała na sile. Wściekła matka natarła na bohaterów. Niespodziewanie zabracki Jedi wystrzelił potężną błyskawicę Mocy, która niemal zabiła samicę. Zadziwiony Trych zrozumiał, że jego towarzysz jest członkiem znienawidzonego przez niego zakonu Jedi. Co będzie dalej ? Dowiemy się w następnym odcinku.
Osobiście jestem bardzo zadowolony z tego jak potoczyła się sesja. Gracze śmiali się mocno i często, a miało być lekko i przyjemnie więc poszło jak pójść miało. Była w tym wszystkim masa improwizacji, odczuwalne były moje braki w znajomości mechaniki ale jakoś rozwijającą się historię udało się opanować. Bałem się też, że gracze zbyt szybko dotrą do końca – doszli mniej więcej do jednej trzeciej zaplanowanej na tą sesję przygody. Do tego podczas gry nie było chyba żadnego przypadku, żeby ktoś prosił mnie żebym powtórzył co powiedziałem, więc zaczynam widzieć nadzieję na podkręcenie słyszalności mojego głosu.
Nild, Roan, Tezuki – dziękuję Wam, że się stawiliście i mam nadzieję, że gra sprawiła wam tyle zabawy ile mi jej prowadzenie.
Katarn
|